Dotknąć miasta. Gdynia

Tekst: Emilia Wróblewska

W 1922 roku decyzja o budowie niezależnego polskiego portu stała się początkiem cudu uczynionego ludzkimi rękami – miasta zrodzonego z morza i dla morza.

Cztery lata później osada rybacka wybrana pod miejsce budowy portu otrzymała już prawa miejskie. Postęp trwał. W ciągu zaledwie wieku Gdynia, ze wsi liczącej około tysiąca mieszkańców, przemieniła się w jedno z kilkunastu największych miast w Polsce. Stało się to zasługą samego portu morskiego, jak i jednej z najnowocześniejszych stoczni w ówczesnej Europie, powstałej nad polskim brzegiem Bałtyku.

W architekturze miejskiej stykają się dwa odrębne światy, odseparowane od siebie cezurą II wojny światowej. Różnica objawia się wyjątkowo jaskrawo w detalu metaloplastycznym. Niektóre ogrodzenia na ul. Starowiejskiej zanurzone są jeszcze w romantycznym oddechu po odzyskaniu niepodległości. Przedwojenne elementy cechują się zazwyczaj hojnością ornamentów i ilością wykorzystanego materiału. Są rzeczywiście wykonane z grubszych prętów i sztab, ręcznie formowanych przez kowali. Odnaleźć można w nich tradycyjne sposoby łączenia, np. na nity, które w momencie wejścia spawarek do powszechnego użytku, znikają z krajobrazu miejskiego. 

Już w kompozycjach z lat 30. XX wieku widać jak w przestrzeń miejską śmiało wkroczyło eleganckie art deco – wciąż dekoracyjne, choć bardziej geometryczne. W tamtym momencie zaczyna się już jednak wizualna mitologia Gdyni. Monumentalna realizacja kraty bramnej z kamienicy „Pod Pomuchlem” czy prosty akcent w postaci trójzębu na bramie wjazdowej Gmachu Biura Budowy Portu – domu inż. Tadeusza Wendy – to dobitna manifestacja esencji i genezy tego nadmorskiego miasta. Morze jest tu motywem oczywistym, a mimo to głębokim i brawurowym, biorąc pod uwagę burzliwą historię geopolityczną Gdyni i zawieruchę wojenną, którą przecierpiała. Symbole marynistyczne wpisane w oblicze miasta są jego swoistymi insygniami. Zaślubiny Polski z morzem, które miały miejsce w Pucku, 10 lutego 1920 roku wyznaczyły historyczny moment wielkiego zrywu do budowy nowoczesnego kraju. Data ta jest dla Gdyni niejako datą narodzin, która została przełożona na błyskotliwą metaforę architektoniczną. Ulica 10 lutego, wyznaczająca najbardziej reprezentacyjną oś miasta rzeczywiście łączy historyczne centrum urbanistyczne z brzegiem Bałtyku.

Po II wojnie światowej modernistyczny detal architektoniczny stawał się coraz bardziej surowy i pierwotny. Estetyką ogrodzeń zawładnęły w końcu funkcjonalność i oszczędność, po części wymuszone przez trudną sytuację ekonomiczną nadszarpniętego konfliktem kraju. Mimo to nie można odmówić im piękna. Choć na pierwszy rzut oka radykalnie różne, snują tę samą opowieść. Nawiązania marynistyczne stały się znacznie subtelniejsze, ale nie rezygnowano z nich uważając ten motyw za tak silnie sprzężony z miastem, iż nie mógł umrzeć. Balustrady balkonowe niektórych kamienic w centrum miasta są tego dobrym przykładem. Patrząc na te aranżacje trudno otrząsnąć się z wrażenia, że celem ich wykonawcy istotnie było upodobnienie ich do fal, które leniwie marszczą powierzchnię morza.

Przestrzeń miejska w detalu nie była jednak kształtowana wyłącznie przez doświadczonych projektantów. Powstawała też rękami samych mieszkańców, w tym fachowców wykonujących swoje fuchy.

Stocznia Gdyńska, a po II wojnie światowej Stocznia im. Komuny Paryskiej funkcjonować mogła dzięki różnorodnym komórkom zajmującym się budową statków – począwszy od planowania ekonomicznego przedsięwzięć, przez szkice projektowe, konstrukcję kadłubów z półfabrykatów, aż po finalne wodowanie jednostki. Prężnie działające warsztaty mechaniczne manipulowały ogromną ilością stali.

Poszczególne elementy konstrukcji musiały być wykonane doskonale, aby zapewnić użytkownikom przyszłego statku maksymalne bezpieczeństwo na morzu. Generowanie odpadów metalowych było więc na porządku dziennym. Normą było również to, że pracownicy w Polskiej Republice Ludowej cieszyli się nieformalnym przywilejem w postaci korzystania z materiału przerabianego w danym zakładzie pracy na własne potrzeby. W tym celu dysponowano również narzędziami dostępnymi na miejscu. Pokłosiem tego zjawiska stały się metalowe „żywopłoty” tchnące koloryt i kawał historii w stosunkowo młode miasto, jakim jest Gdynia. Potrzeba prywatności, jaką daje chociażby tylko symboliczne oddzielenie się od sfery publicznej, została spełniona dzięki tak niezwykle solidnemu materiałowi jak stal okrętowa. Wędrując wzrokiem po gdyńskich blokowiskach można dostrzec ślady indywidualności wymykającej się założeniom surowego modernizmu. Na różnych piętrach przestrzeń balkonowa wyróżnia się obecnością metalowych krat zespawanych z półfabrykatów. Te syntetyczne struktury nie są endemicznym dla Gdyni zjawiskiem. Same w sobie są raczej powszechne dla miast uprzemysłowionej, komunistycznej Polski, jednak każda stalowa balustrada, krata okienna i ogrodzenie tworzy swoisty mikroklimat. Symetryczne kompozycje krat, bardzo często składające się z dynamicznie przecinających się linii zawładnęły również witrynami sklepów wzdłuż głównych ulic miasta. Ukształtowana w ażurowe wzory stal w jednocześnie delikatny i skuteczny sposób chroni dobytek i strzeże intymności, drzemiąc za szkłem wystawowym niczym firanka. Co ciekawe, pojawiają się aranżacje, które wyłamują się z porządku prostych linii, przyjmując formy bardziej płynne, nieuszeregowane. W kompozycji jednego z ogrodzeń na terenie Kamiennej Góry świetnie poradzono sobie z chaotyczną różnorodnością kształtów poszczególnych prętów i poskromiono ją wewnątrz przęseł płotu. Wynik przypomina miękkie, kryształowe struktury morskiej piany.

Metal stał się materiałem powszechnie dostępnym wśród robotników stoczni gdyńskiej. W swoim czasie pracowników stoczniowych było ponad 20 tysięcy. Oznaczało to tyle, że wszyscy ci ludzie musieli zostać zakwaterowani gdzieś na terenie Gdyni. W okresie PRL pracownicy mogli już zazwyczaj liczyć na otrzymanie przydziału na mieszkanie, jednak jeszcze w latach 30. XX wieku wiele osób zmuszonych było szukać miejsca do życia niezupełnie w zgodzie w przepisami prawa miejskiego. Owocem tego niedoboru mieszkaniowego z lat 30. stało się osiedle Meksyk w dzielnicy Chylonia. Tam to właśnie biedniejsi robotnicy stawiali swoje domy, wychowując w nich później dzieci i wnuki. Same posesje były z czasem otaczane fantazyjnymi ogrodzeniami, które stworzyły ręce samych stoczniowców. Niesamowite jednak, że i te nieoficjalne twory wpisują się harmonijnie w specyficzną ikonosferę miasta.

Również współcześnie symbolika ta żywa jest w pracach projektantów przestrzeni publicznej. Przykładowo, studio Traffic Design, spod ręki którego wychodzą m.in. metalowe elementy małej architektury, pieczołowicie dba o to, aby forma nowych obiektów dopasowana była do ducha poszczególnych części Gdyni. Ujawnia się on natomiast w ścisłej relacji między falą morską a falą postępu, jaka wezbrała w powojennej Polsce. Realizacje grupy, takie jak krata bramna z ul. Abrahama 2, czy szyld i brama zakładu krawieckiego na Starowiejskiej są pełne szacunku dla rodzimej estetyki miasta.

To tylko pokazuje, że cud Gdyni trwa nadal.